Mieszkamy razem z Mężem wspólnie już osiem lat, i od ośmiu lat nie domyka nam się budżet... Oczywiście w tym czasie przeprowadzaliśmy się cztery (!) razy, "dorobiliśmy się" własnego mieszkania (na kredyt), dwóch dwudziestoletnich aut (na kredyt) i trójki dzieci (ich na kredyt nie zrobiliśmy ;-) ). Oboje zmienialiśmy pracę kilkukrotnie, zarabiamy jak na warunki naszego miasta nie najgorzej, ale zawsze brakuje, zawsze jest jakaś dziura w budżecie. To nas frustruje. Kiedyś, na początku, wystarczyła nam Miłość. Teraz, kiedy mamy pod opieką nasze dzieci, Miłości oczywiście nie brak, ale tym uczuciem brzuchów nie nakarmisz. Jedzenia nie brakuje nigdy, choć może nie jest ono takie, na jakie mielibyśmy ochotę. Co miesiąc mamy takie wydatki, które regularnie przekładamy na "kolejny miesiąc", ponieważ nie stykneło nam z wypłaty (np. naprawa auta). Czyli, wiecie, można bez tego żyć, ale jest to życie nieco utrudnione.
Rok temu obiecałam sobie, że będę dzieciaki zabierała raz w miesiącu na basen - dla naszej rodzinki jest to wydatek ok 70 zł. Nie poszliśmy ani razu... Chciałabym się wybrać na seans do kina z Mężem w weekend, a nie w Tanie Wtorki czy Środy (Mąż pracuje na zmiany, nie zawsze w tygodniu popołudniu w domu), dla naszej dwójki to wydatek 50 zł bez dodatków w kinowym barze (popcornu czy coli) - nie pamiętam kiedy byliśmy ostatnio. Więc wiecie, jest życie, ale co to za życie.. Mam trzydzieści lat, a najlepsze lata mojego życia (kiedy jest się już dorosłym, ale nadal młodym) spędziliśmy w domu z powodu braku kasy... Szlag mnie trafia.. Kiedy przychodzi wypłata i jest ona na koncie pól dnia, bo po zapłaceniu rachunków, kredytów i innych opłat zostaje mi z niech 100 zł. I co miesiąc obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej, że będziemy oszczędzać, że coś zostanie, i co miesiąc okazuje się że brakuje..
Rodzice pomagają jak mogą i tyle na ile my im pozwalamy, jednak mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to co teraz mamy, nawet jeśli jest na kredyt, osiągneliśmy dzięki temu, że dosyć szybko się usamodzielniliśmy (ja miałam 22 lata, Mąż 24). I wszystkie błędy jakie robiliśmy, zwłaszcza jeśli chodzi o domowy budżet (a było ich nie mało), naprawiamy sami. Staram się myśleć pozytywnie: my jesteśmy zdrowi, dzieciaki są zdrowe - a to najważniejsze. Każde z nas ma ręce, które pracy się nie boją (choć nie ukrywam - jeśli chodzi o prace domowe jesteśmy raczej leniwi) i jeśli tylko praca będzie na dom się zarobi. No i kredyty też w końcu znikną... a raczej zostaną spłacone, więc byle myśleć o tym co przed nami, i uczyć się na błędach, które już za nami. Tyle w temacie ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz