To z czym miałam od zawsze problem to porządek, a raczej jego brak.
Rozdrabniając ten duży temat, jakim jest porządek, jednym z problemów są siaty, nierozładowane, walające się wszędzie po domu siaty. Może nie z siaty z biedry - akurat zakupów w Biedronce nie robimy, ale każde inne.
Mój Mąż stwierdził, że pod tym względem zachowuję się jak uczeń w ostatni dzień roku szkolnego - wraca ze szkoły, rzuca gdzieś plecak, by sięgnąć po niego po dwóch miesiącach wakacji - temat mój i siatek jest podobny. Może nie czekają na rozładowanie dwa miesiące, ale rzadko biorę się za to od razu po przyjściu do domu, a często to przecież jest 1-2 minuty roboty.
Jak wracamy z dużych zakupów staram się rozpakować je od razu. Ale jeśli dostaję jakieś "gifty" od rodziców lub teściów - to czasami i trzy dni muszą odstać. Albo jak idę po 2-3 rzeczy do sklepu na dół - wyciągam to czego akurat potrzebuję, a później reszta czeka grzecznie na swoją kolej, no bo gdzie miała by pójść...
To jest jedna z przyczyn generowania się u nas bałaganu...
Cóż.....
niedziela, 30 lipca 2017
sobota, 29 lipca 2017
Sprawa dużej wagi..
Sprawa dużej wagi czyli.. waga. A raczej waga kobiety, która urodziła trójkę dzieci.
Trudno mi w to uwierzyć, ale różnica między mną sprzed 7 lat (zanim zaszłam w pierwszą ciążę), a mną sprzed 7 tygodni (dzień urodzenia Księżniczki) to aż....50 kg!!
Sporo prawda..? W pierwszej i drugiej ciąży przytyłam po 25 kg, w trzeciej "tylko" 18 kg. Tylko po każdej z nich zostawałam trochę .. większa. Jest mi z tym ciężko - nie lubię patrzeć na siebie w lustrze (może dlatego lusterka w moim domu są powieszone tak, że widzę siebie od biustu w górę..?;-) ) Wielokrotnie próbowałam coś z tym zrobić, ale za każdym razem kiedy zabierałam się za jakiś program w stylu: 30 dni z "kimś tam" i poczujesz się lepiej, udawało mi się wytrwać najdalej tydzień, no może 10 dni.
Moją wadą jeśli chodzi o takie programy to to że ja bardzo nie lubię robić tego co się na mnie wymusza, a takie ćwiczenia były właśnie tego typu działaniem (choć skądinąd sama je na sobie wymuszałam). Ile razy mówiłam: od jutra zaczynam.....( i tu nieskończenie wiele określeń: ćwiczyć, nie jeść słodyczy, dietę, pić rano wodę...).
Dziś idąc do przedszkola widziałam jedną z mam (która była w ciąży jeszcze jakieś trzy tygodnie temu, i mówiąc szczerze jej brzuch jak dla mnie to był 6 miesiąc, a nie 9.) z noworodkiem w nosidełku. Byłam w szoku, bo gdyby nie miała ze sobą dziecka nigdy w życiu bym nie uwierzyła, że jest świeżo upieczoną mamą.
To ma się chyba w genach, ale to ja się pytam dlaczego ja takich genów nie odziedziczyłam...?
Mój Mąż, gdy się dowiedział, że jestem w trzeciej ciąży ucieszył się, jednak powiedział mi słowa, które zabolały (wiem, że nie chciał mnie zranić celowo): "Tylko uważaj na wagę, obiecaj mi, że nie będziesz się objadała i nie przytyjesz za dużo..".Póżniej, gdy narzekałam że waga idzie nie ubłaganie w górę pocieszał mnie, że teraz to jest normalne, że dziecko w brzuchu, że to dobrze. A brzuch miałam ogromny - jakbym nosiła w sobie trojaczki. I te wszystkie komentarze, które zaczeły się już 6 miesiąca - "kiedy rodzisz? Dopiero za trzy miesiące? a wyglądasz jakbyś była na ostatnich nogach.." Przychodziłam do domu i wyłam.Niegdy nie uważałam siebie za osobę otyłą - ale niestety taką chyba zostałam (choć mój Mąż mówi, że co najwyżej pulchną, a nie otyłą). Oliwy do ognia dodała ostatnio Babcia Męża (został mi jeszcze spory brzuch): "ty to wyglądasz jakbyś jeszcze tam drugie miała (dziecko w brzuchu)". Nic jej nie powiedziałam, ale musiałam szybko wyjść z pokoju, aby nie wybuchnąć.
Jest ciężko w takich sytuacjach. Mój starszy syn też się pyta: "Mamo, kiedy zaczniesz ćwiczyć, żebyś schudła i nie miała już takiego brzucha.." Lekarka u której byłam zanim jeszcze zaszłam w trzecią ciąże badając mnie pytała który to miesiąc - a ja jej na to że nie jestem w ciąży - to ona mi odpowiada "to trzeba się wziąć za siebie, nie można tak, Pani jest młoda, a tak wygląda..." Niby takie słowa powinny zmotywować, ale mnie deprymują, odpychają, sprawiają, że nienawidzę swojego ciała jeszcze bardziej.. Jak to pokonać, jak zacząć działać..?
Trudno mi w to uwierzyć, ale różnica między mną sprzed 7 lat (zanim zaszłam w pierwszą ciążę), a mną sprzed 7 tygodni (dzień urodzenia Księżniczki) to aż....50 kg!!
Sporo prawda..? W pierwszej i drugiej ciąży przytyłam po 25 kg, w trzeciej "tylko" 18 kg. Tylko po każdej z nich zostawałam trochę .. większa. Jest mi z tym ciężko - nie lubię patrzeć na siebie w lustrze (może dlatego lusterka w moim domu są powieszone tak, że widzę siebie od biustu w górę..?;-) ) Wielokrotnie próbowałam coś z tym zrobić, ale za każdym razem kiedy zabierałam się za jakiś program w stylu: 30 dni z "kimś tam" i poczujesz się lepiej, udawało mi się wytrwać najdalej tydzień, no może 10 dni.
Moją wadą jeśli chodzi o takie programy to to że ja bardzo nie lubię robić tego co się na mnie wymusza, a takie ćwiczenia były właśnie tego typu działaniem (choć skądinąd sama je na sobie wymuszałam). Ile razy mówiłam: od jutra zaczynam.....( i tu nieskończenie wiele określeń: ćwiczyć, nie jeść słodyczy, dietę, pić rano wodę...).
Dziś idąc do przedszkola widziałam jedną z mam (która była w ciąży jeszcze jakieś trzy tygodnie temu, i mówiąc szczerze jej brzuch jak dla mnie to był 6 miesiąc, a nie 9.) z noworodkiem w nosidełku. Byłam w szoku, bo gdyby nie miała ze sobą dziecka nigdy w życiu bym nie uwierzyła, że jest świeżo upieczoną mamą.
To ma się chyba w genach, ale to ja się pytam dlaczego ja takich genów nie odziedziczyłam...?
Mój Mąż, gdy się dowiedział, że jestem w trzeciej ciąży ucieszył się, jednak powiedział mi słowa, które zabolały (wiem, że nie chciał mnie zranić celowo): "Tylko uważaj na wagę, obiecaj mi, że nie będziesz się objadała i nie przytyjesz za dużo..".Póżniej, gdy narzekałam że waga idzie nie ubłaganie w górę pocieszał mnie, że teraz to jest normalne, że dziecko w brzuchu, że to dobrze. A brzuch miałam ogromny - jakbym nosiła w sobie trojaczki. I te wszystkie komentarze, które zaczeły się już 6 miesiąca - "kiedy rodzisz? Dopiero za trzy miesiące? a wyglądasz jakbyś była na ostatnich nogach.." Przychodziłam do domu i wyłam.Niegdy nie uważałam siebie za osobę otyłą - ale niestety taką chyba zostałam (choć mój Mąż mówi, że co najwyżej pulchną, a nie otyłą). Oliwy do ognia dodała ostatnio Babcia Męża (został mi jeszcze spory brzuch): "ty to wyglądasz jakbyś jeszcze tam drugie miała (dziecko w brzuchu)". Nic jej nie powiedziałam, ale musiałam szybko wyjść z pokoju, aby nie wybuchnąć.
Jest ciężko w takich sytuacjach. Mój starszy syn też się pyta: "Mamo, kiedy zaczniesz ćwiczyć, żebyś schudła i nie miała już takiego brzucha.." Lekarka u której byłam zanim jeszcze zaszłam w trzecią ciąże badając mnie pytała który to miesiąc - a ja jej na to że nie jestem w ciąży - to ona mi odpowiada "to trzeba się wziąć za siebie, nie można tak, Pani jest młoda, a tak wygląda..." Niby takie słowa powinny zmotywować, ale mnie deprymują, odpychają, sprawiają, że nienawidzę swojego ciała jeszcze bardziej.. Jak to pokonać, jak zacząć działać..?
czwartek, 27 lipca 2017
Przykazanie pierwsze rodzin wielodzietnych: grunt to organizacja!
Tak właśnie,
grunt to organizacja.
Swoją rodzinę tworzymy już od siedmiu lat, od października zeszłego roku jesteśmy rodziną wielodzietną. I cały czas organizacja prac domowych jest moją zmorą.
Powiedzmy sobie szczerze - nigdy nie byłam typem osoby, która sprząta za sobą, która ma wszystko poukładane i zawsze ma u siebie porządek. Nie. Raz w miesiącu robiłam generalne sprzątanie u mnie w pokoju od A do Z i taki porządek wytrzymywał...góra trzy dni ;-) Cóż zrobić..
Gdy zamieszkałam razem z Narzeczonym (teraz już Mężem) zasadniczo nic się nie zmieniło. Mieliśmy malutką kuchnię, która całą była "zawalona" kubkami, talerzami, garnkami i innymi tego typu rzeczami - zmywałam dopiero, gdy nie miałam w czym napić się kawy, a że byliśmy młodą parą, kuchennych rzeczy mieliśmy niewiele, więc zmywanie wypadało raz na dwa dni.... ;-)
Jak zaszłam w ciążę wszędzie słyszałam, abym się nie przemęczała, bo jak urodzę, to się jeszcze na sprzątam, nagotuję itd... więc kolokwialnie mówiąc siedziałam na czterech literach i maniakalnie oglądałam w necie seriale, sprzątając raz w miesiącu ;-). Niestety, po urodzeniu dziecka nie wzrosła we mnie chęć utrzymywania porządku, więc wszystko zostało jak za starych czasów. Sprzątałam raz w miesiącu - skończyła się jedynie zmora zmywania. Kupiliśmy zmywarkę ;-)
Teraz mając trójkę dzieci możecie sobie wyobrazić czym grozi przyjazd do mnie na przysłowiową kawę bez zapowiedzi ;-) ja się palę ze wstydu, a goście próbują przejść tor przeszkód zrobiony w mini korytarzu i pokoju. A co tu dopiero mówić o przyuczeniu dorastających dzieci do porządku.
Więc w tym roku postanowiłam, że wreszcie się zawezmę, i zacznę utrzymywać porządek.
Zaczęłam więc od prania, bo tego u mnie w domu nigdy za wiele.. ;-) Kiedyś robiłam tak, że cały tydzień ubrania napływały do kosza na brudy, a gdy nadchodziła sobota, nadchodził też Wielki Dzień Prania i Rozpaczy ;-) Koszmar. Czasami w tygodniu wrzucałam coś do pralki, ale tylko wtedy, gdy musiałam mieć coś czystego na już! Moją wymówką było to, że mam prąd dwutaryfowy, więc w weekendy i w nocy mam taniej. Mamy małe mieszkanko, mikro łazienkę, więc włączanie pralki na noc nie wchodziło w grę - nikt nie mógł by zasnąć - zostawał więc weekend.
Teraz stwierdziłam: Dość! Nie będę soboty marnowała na pranie! Wolę w tym czasie zrobić coś z dzieciakami. Obdzieliłam praniem cały tydzień.
I tak: w poniedziałki i wtorki piorę rzeczy Chłopców, w środę- Córci, w czwartek - moje i Męża , a na piątek zostawiam sobie bieliznę. W sobotę zaś wstawiam pościel i/lub ręczniki. Taki podział ma same zalety - pranie w ciągu tygodnia zdąży wyschnąć, dzięki temu mam miejsce na kolejne, a poza tym zajmuje mi to o wiele miej czasu i przede wszystkim nerwów ;-)
Oczywiście zdarza się, że w tygodniu wypiorę coś niezaplanowanego, ale zdarza się to jednostkowo i nie zaburza całotygodniowego planu prania - jeśli mogę go tak nazwać ;-)
Nawet zrobiłam sobie własnoręcznie oddzielne worki na pranie, żebym codziennie nie musiała ich segregować. Bielizna osobno, ciuchy Córci osobno, oraz pościel i ręczniki osobno. Sprytna jestem ;-)
Suche prania znoszą mi ze strychu moi Synowie - to dla nich wielka frajda ściągać ubrania ze sznurków - robią sobie nawet zawody, który więcej ściągnie w krótszym czasie ;-) Ubrań po praniu nie prasuje - zdarza mi się to jedynie, kiedy robię "wietrzenie magazynu" u moich dzieci, i przebieram ciuchy, które są już na nich za małe. A tak na co dzień prasuję ubrania tylko w przypadku, gdy są naprawdę bardzo wygniecione.
System taki działa u mnie od czerwca, więc stosunkowo niedługo, ale póki co się sprawdza. Mam nadzieję, że wejdzie mi on w nawyk.
grunt to organizacja.
Swoją rodzinę tworzymy już od siedmiu lat, od października zeszłego roku jesteśmy rodziną wielodzietną. I cały czas organizacja prac domowych jest moją zmorą.
Powiedzmy sobie szczerze - nigdy nie byłam typem osoby, która sprząta za sobą, która ma wszystko poukładane i zawsze ma u siebie porządek. Nie. Raz w miesiącu robiłam generalne sprzątanie u mnie w pokoju od A do Z i taki porządek wytrzymywał...góra trzy dni ;-) Cóż zrobić..
Gdy zamieszkałam razem z Narzeczonym (teraz już Mężem) zasadniczo nic się nie zmieniło. Mieliśmy malutką kuchnię, która całą była "zawalona" kubkami, talerzami, garnkami i innymi tego typu rzeczami - zmywałam dopiero, gdy nie miałam w czym napić się kawy, a że byliśmy młodą parą, kuchennych rzeczy mieliśmy niewiele, więc zmywanie wypadało raz na dwa dni.... ;-)
Jak zaszłam w ciążę wszędzie słyszałam, abym się nie przemęczała, bo jak urodzę, to się jeszcze na sprzątam, nagotuję itd... więc kolokwialnie mówiąc siedziałam na czterech literach i maniakalnie oglądałam w necie seriale, sprzątając raz w miesiącu ;-). Niestety, po urodzeniu dziecka nie wzrosła we mnie chęć utrzymywania porządku, więc wszystko zostało jak za starych czasów. Sprzątałam raz w miesiącu - skończyła się jedynie zmora zmywania. Kupiliśmy zmywarkę ;-)
Teraz mając trójkę dzieci możecie sobie wyobrazić czym grozi przyjazd do mnie na przysłowiową kawę bez zapowiedzi ;-) ja się palę ze wstydu, a goście próbują przejść tor przeszkód zrobiony w mini korytarzu i pokoju. A co tu dopiero mówić o przyuczeniu dorastających dzieci do porządku.
Więc w tym roku postanowiłam, że wreszcie się zawezmę, i zacznę utrzymywać porządek.
Zaczęłam więc od prania, bo tego u mnie w domu nigdy za wiele.. ;-) Kiedyś robiłam tak, że cały tydzień ubrania napływały do kosza na brudy, a gdy nadchodziła sobota, nadchodził też Wielki Dzień Prania i Rozpaczy ;-) Koszmar. Czasami w tygodniu wrzucałam coś do pralki, ale tylko wtedy, gdy musiałam mieć coś czystego na już! Moją wymówką było to, że mam prąd dwutaryfowy, więc w weekendy i w nocy mam taniej. Mamy małe mieszkanko, mikro łazienkę, więc włączanie pralki na noc nie wchodziło w grę - nikt nie mógł by zasnąć - zostawał więc weekend.
Teraz stwierdziłam: Dość! Nie będę soboty marnowała na pranie! Wolę w tym czasie zrobić coś z dzieciakami. Obdzieliłam praniem cały tydzień.
I tak: w poniedziałki i wtorki piorę rzeczy Chłopców, w środę- Córci, w czwartek - moje i Męża , a na piątek zostawiam sobie bieliznę. W sobotę zaś wstawiam pościel i/lub ręczniki. Taki podział ma same zalety - pranie w ciągu tygodnia zdąży wyschnąć, dzięki temu mam miejsce na kolejne, a poza tym zajmuje mi to o wiele miej czasu i przede wszystkim nerwów ;-)
Oczywiście zdarza się, że w tygodniu wypiorę coś niezaplanowanego, ale zdarza się to jednostkowo i nie zaburza całotygodniowego planu prania - jeśli mogę go tak nazwać ;-)
Nawet zrobiłam sobie własnoręcznie oddzielne worki na pranie, żebym codziennie nie musiała ich segregować. Bielizna osobno, ciuchy Córci osobno, oraz pościel i ręczniki osobno. Sprytna jestem ;-)
Suche prania znoszą mi ze strychu moi Synowie - to dla nich wielka frajda ściągać ubrania ze sznurków - robią sobie nawet zawody, który więcej ściągnie w krótszym czasie ;-) Ubrań po praniu nie prasuje - zdarza mi się to jedynie, kiedy robię "wietrzenie magazynu" u moich dzieci, i przebieram ciuchy, które są już na nich za małe. A tak na co dzień prasuję ubrania tylko w przypadku, gdy są naprawdę bardzo wygniecione.
System taki działa u mnie od czerwca, więc stosunkowo niedługo, ale póki co się sprawdza. Mam nadzieję, że wejdzie mi on w nawyk.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)