Kolejny raz z Mężem przekonaliśmy się że życiowy bilans zawsze musi wyjść na zero. I nie chodzi tu o pieniądze, choć one z tym bilansem się łączą. Chodzi o wydarzenia w życiu...
Urodziło nam się trzecie dziecko - dzięki temu, że byliśmy dodatkowo ubezpieczeni otrzymaliśmy dodatkową gotówkę - zaczęliśmy wychodzić na prostą jeśli chodzi o długi. Wczoraj Księżniczka miała chrzest i chrzciny. Z tego tytułu dostała pieniążki od najbliżej rodziny. Cieszyliśmy się, zastanawialiśmy się jak je dobrze rozdysponować. I puch..Mąż miał stłuczkę i okazało się że nie bardzo jest sens naprawiać auto. Bo naprawa może kosztować więcej niż auto jest warte... I co teraz robić..?Już wiadomo na co pójdą owe pieniążki..
sobota, 5 sierpnia 2017
czwartek, 3 sierpnia 2017
Jak nie zajść w ciążę - antykoncepcja po mojemu.
Jak nie zajść w niechcianą ciążę...To pytanie zadaje sobie każda kobieta. I każda kobieta stara się, aby NIGDY w takiej sytuacji być nie musiała. Stosuje pigułki, spirale, plastry, zastrzyki, pigułki dzień po, pilnuje faceta żeby używał "gumek"...To na barki kobiet przede wszystkim spada brzemię odpowiedzialności za to, aby nie być w ciąży (choć nie mówię, że nie ma na tym świecie odpowiedzialnych facetów, którzy jej współtowarzyszą w trzymaniu tego "ciężaru").
Jestem osobą wierzącą, ale nie mieszajmy w to religii.
Ja w swoim trzydziestoletnim życiu używałam prezerwatyw, byłam kilka miesięcy na pigułkach, kilka miesięcy starałam się pojąć metodę NPR objawowo-termiczną, oraz przez większą część mojego życia seksualnego stosowałam stosunek przerywany...(tak, tak, najbardziej zawodny sposób na nie bycie w ciąży nigdy mnie nie zawiódł - ale to zasługa mojego Męża ;-)).
Jeśli chodzi o "gumki" - trochę nie wygodne, bez względu na rodzaj.
Po pigułkach nie czułam się najlepiej, przytyłam, libido mi spadło.
Przy seksie przerywanym można się nerwicy nabawić....
I jak tu cieszyć się z seksu...? Przyznam się, że dla mnie najlepszy czas jeśli chodzi o "łóżkowe" sprawy był wtedy, kiedy staraliśmy się o drugie dziecko. Bez żadnej spiny. Bez nerwicy. Z radością i ogromną namiętnością ;-) Człowiek nie bał się tego, co będzie później, bo właśnie na takie efekty czekał.
Chciałabym żyć w czasach, gdy kobieta nie musiała by się martwić kolejną ciążą, dzieckiem... Nie musiała się martwić, za co je wyżywi, wykształci, gdzie będzie mieszkać, gdzie będzie pracować, oraz co powiedzą bliscy na kolejną ciążę, etc...Ale cóż, dzisiejsze czasy to nie są owe czasy.
Może się kiedyś doczekam..
Jestem osobą wierzącą, ale nie mieszajmy w to religii.
Ja w swoim trzydziestoletnim życiu używałam prezerwatyw, byłam kilka miesięcy na pigułkach, kilka miesięcy starałam się pojąć metodę NPR objawowo-termiczną, oraz przez większą część mojego życia seksualnego stosowałam stosunek przerywany...(tak, tak, najbardziej zawodny sposób na nie bycie w ciąży nigdy mnie nie zawiódł - ale to zasługa mojego Męża ;-)).
Jeśli chodzi o "gumki" - trochę nie wygodne, bez względu na rodzaj.
Po pigułkach nie czułam się najlepiej, przytyłam, libido mi spadło.
Przy seksie przerywanym można się nerwicy nabawić....
I jak tu cieszyć się z seksu...? Przyznam się, że dla mnie najlepszy czas jeśli chodzi o "łóżkowe" sprawy był wtedy, kiedy staraliśmy się o drugie dziecko. Bez żadnej spiny. Bez nerwicy. Z radością i ogromną namiętnością ;-) Człowiek nie bał się tego, co będzie później, bo właśnie na takie efekty czekał.
Chciałabym żyć w czasach, gdy kobieta nie musiała by się martwić kolejną ciążą, dzieckiem... Nie musiała się martwić, za co je wyżywi, wykształci, gdzie będzie mieszkać, gdzie będzie pracować, oraz co powiedzą bliscy na kolejną ciążę, etc...Ale cóż, dzisiejsze czasy to nie są owe czasy.
Może się kiedyś doczekam..
niedziela, 30 lipca 2017
Porządki...
To z czym miałam od zawsze problem to porządek, a raczej jego brak.
Rozdrabniając ten duży temat, jakim jest porządek, jednym z problemów są siaty, nierozładowane, walające się wszędzie po domu siaty. Może nie z siaty z biedry - akurat zakupów w Biedronce nie robimy, ale każde inne.
Mój Mąż stwierdził, że pod tym względem zachowuję się jak uczeń w ostatni dzień roku szkolnego - wraca ze szkoły, rzuca gdzieś plecak, by sięgnąć po niego po dwóch miesiącach wakacji - temat mój i siatek jest podobny. Może nie czekają na rozładowanie dwa miesiące, ale rzadko biorę się za to od razu po przyjściu do domu, a często to przecież jest 1-2 minuty roboty.
Jak wracamy z dużych zakupów staram się rozpakować je od razu. Ale jeśli dostaję jakieś "gifty" od rodziców lub teściów - to czasami i trzy dni muszą odstać. Albo jak idę po 2-3 rzeczy do sklepu na dół - wyciągam to czego akurat potrzebuję, a później reszta czeka grzecznie na swoją kolej, no bo gdzie miała by pójść...
To jest jedna z przyczyn generowania się u nas bałaganu...
Cóż.....
Rozdrabniając ten duży temat, jakim jest porządek, jednym z problemów są siaty, nierozładowane, walające się wszędzie po domu siaty. Może nie z siaty z biedry - akurat zakupów w Biedronce nie robimy, ale każde inne.
Mój Mąż stwierdził, że pod tym względem zachowuję się jak uczeń w ostatni dzień roku szkolnego - wraca ze szkoły, rzuca gdzieś plecak, by sięgnąć po niego po dwóch miesiącach wakacji - temat mój i siatek jest podobny. Może nie czekają na rozładowanie dwa miesiące, ale rzadko biorę się za to od razu po przyjściu do domu, a często to przecież jest 1-2 minuty roboty.
Jak wracamy z dużych zakupów staram się rozpakować je od razu. Ale jeśli dostaję jakieś "gifty" od rodziców lub teściów - to czasami i trzy dni muszą odstać. Albo jak idę po 2-3 rzeczy do sklepu na dół - wyciągam to czego akurat potrzebuję, a później reszta czeka grzecznie na swoją kolej, no bo gdzie miała by pójść...
To jest jedna z przyczyn generowania się u nas bałaganu...
Cóż.....
sobota, 29 lipca 2017
Sprawa dużej wagi..
Sprawa dużej wagi czyli.. waga. A raczej waga kobiety, która urodziła trójkę dzieci.
Trudno mi w to uwierzyć, ale różnica między mną sprzed 7 lat (zanim zaszłam w pierwszą ciążę), a mną sprzed 7 tygodni (dzień urodzenia Księżniczki) to aż....50 kg!!
Sporo prawda..? W pierwszej i drugiej ciąży przytyłam po 25 kg, w trzeciej "tylko" 18 kg. Tylko po każdej z nich zostawałam trochę .. większa. Jest mi z tym ciężko - nie lubię patrzeć na siebie w lustrze (może dlatego lusterka w moim domu są powieszone tak, że widzę siebie od biustu w górę..?;-) ) Wielokrotnie próbowałam coś z tym zrobić, ale za każdym razem kiedy zabierałam się za jakiś program w stylu: 30 dni z "kimś tam" i poczujesz się lepiej, udawało mi się wytrwać najdalej tydzień, no może 10 dni.
Moją wadą jeśli chodzi o takie programy to to że ja bardzo nie lubię robić tego co się na mnie wymusza, a takie ćwiczenia były właśnie tego typu działaniem (choć skądinąd sama je na sobie wymuszałam). Ile razy mówiłam: od jutra zaczynam.....( i tu nieskończenie wiele określeń: ćwiczyć, nie jeść słodyczy, dietę, pić rano wodę...).
Dziś idąc do przedszkola widziałam jedną z mam (która była w ciąży jeszcze jakieś trzy tygodnie temu, i mówiąc szczerze jej brzuch jak dla mnie to był 6 miesiąc, a nie 9.) z noworodkiem w nosidełku. Byłam w szoku, bo gdyby nie miała ze sobą dziecka nigdy w życiu bym nie uwierzyła, że jest świeżo upieczoną mamą.
To ma się chyba w genach, ale to ja się pytam dlaczego ja takich genów nie odziedziczyłam...?
Mój Mąż, gdy się dowiedział, że jestem w trzeciej ciąży ucieszył się, jednak powiedział mi słowa, które zabolały (wiem, że nie chciał mnie zranić celowo): "Tylko uważaj na wagę, obiecaj mi, że nie będziesz się objadała i nie przytyjesz za dużo..".Póżniej, gdy narzekałam że waga idzie nie ubłaganie w górę pocieszał mnie, że teraz to jest normalne, że dziecko w brzuchu, że to dobrze. A brzuch miałam ogromny - jakbym nosiła w sobie trojaczki. I te wszystkie komentarze, które zaczeły się już 6 miesiąca - "kiedy rodzisz? Dopiero za trzy miesiące? a wyglądasz jakbyś była na ostatnich nogach.." Przychodziłam do domu i wyłam.Niegdy nie uważałam siebie za osobę otyłą - ale niestety taką chyba zostałam (choć mój Mąż mówi, że co najwyżej pulchną, a nie otyłą). Oliwy do ognia dodała ostatnio Babcia Męża (został mi jeszcze spory brzuch): "ty to wyglądasz jakbyś jeszcze tam drugie miała (dziecko w brzuchu)". Nic jej nie powiedziałam, ale musiałam szybko wyjść z pokoju, aby nie wybuchnąć.
Jest ciężko w takich sytuacjach. Mój starszy syn też się pyta: "Mamo, kiedy zaczniesz ćwiczyć, żebyś schudła i nie miała już takiego brzucha.." Lekarka u której byłam zanim jeszcze zaszłam w trzecią ciąże badając mnie pytała który to miesiąc - a ja jej na to że nie jestem w ciąży - to ona mi odpowiada "to trzeba się wziąć za siebie, nie można tak, Pani jest młoda, a tak wygląda..." Niby takie słowa powinny zmotywować, ale mnie deprymują, odpychają, sprawiają, że nienawidzę swojego ciała jeszcze bardziej.. Jak to pokonać, jak zacząć działać..?
Trudno mi w to uwierzyć, ale różnica między mną sprzed 7 lat (zanim zaszłam w pierwszą ciążę), a mną sprzed 7 tygodni (dzień urodzenia Księżniczki) to aż....50 kg!!
Sporo prawda..? W pierwszej i drugiej ciąży przytyłam po 25 kg, w trzeciej "tylko" 18 kg. Tylko po każdej z nich zostawałam trochę .. większa. Jest mi z tym ciężko - nie lubię patrzeć na siebie w lustrze (może dlatego lusterka w moim domu są powieszone tak, że widzę siebie od biustu w górę..?;-) ) Wielokrotnie próbowałam coś z tym zrobić, ale za każdym razem kiedy zabierałam się za jakiś program w stylu: 30 dni z "kimś tam" i poczujesz się lepiej, udawało mi się wytrwać najdalej tydzień, no może 10 dni.
Moją wadą jeśli chodzi o takie programy to to że ja bardzo nie lubię robić tego co się na mnie wymusza, a takie ćwiczenia były właśnie tego typu działaniem (choć skądinąd sama je na sobie wymuszałam). Ile razy mówiłam: od jutra zaczynam.....( i tu nieskończenie wiele określeń: ćwiczyć, nie jeść słodyczy, dietę, pić rano wodę...).
Dziś idąc do przedszkola widziałam jedną z mam (która była w ciąży jeszcze jakieś trzy tygodnie temu, i mówiąc szczerze jej brzuch jak dla mnie to był 6 miesiąc, a nie 9.) z noworodkiem w nosidełku. Byłam w szoku, bo gdyby nie miała ze sobą dziecka nigdy w życiu bym nie uwierzyła, że jest świeżo upieczoną mamą.
To ma się chyba w genach, ale to ja się pytam dlaczego ja takich genów nie odziedziczyłam...?
Mój Mąż, gdy się dowiedział, że jestem w trzeciej ciąży ucieszył się, jednak powiedział mi słowa, które zabolały (wiem, że nie chciał mnie zranić celowo): "Tylko uważaj na wagę, obiecaj mi, że nie będziesz się objadała i nie przytyjesz za dużo..".Póżniej, gdy narzekałam że waga idzie nie ubłaganie w górę pocieszał mnie, że teraz to jest normalne, że dziecko w brzuchu, że to dobrze. A brzuch miałam ogromny - jakbym nosiła w sobie trojaczki. I te wszystkie komentarze, które zaczeły się już 6 miesiąca - "kiedy rodzisz? Dopiero za trzy miesiące? a wyglądasz jakbyś była na ostatnich nogach.." Przychodziłam do domu i wyłam.Niegdy nie uważałam siebie za osobę otyłą - ale niestety taką chyba zostałam (choć mój Mąż mówi, że co najwyżej pulchną, a nie otyłą). Oliwy do ognia dodała ostatnio Babcia Męża (został mi jeszcze spory brzuch): "ty to wyglądasz jakbyś jeszcze tam drugie miała (dziecko w brzuchu)". Nic jej nie powiedziałam, ale musiałam szybko wyjść z pokoju, aby nie wybuchnąć.
Jest ciężko w takich sytuacjach. Mój starszy syn też się pyta: "Mamo, kiedy zaczniesz ćwiczyć, żebyś schudła i nie miała już takiego brzucha.." Lekarka u której byłam zanim jeszcze zaszłam w trzecią ciąże badając mnie pytała który to miesiąc - a ja jej na to że nie jestem w ciąży - to ona mi odpowiada "to trzeba się wziąć za siebie, nie można tak, Pani jest młoda, a tak wygląda..." Niby takie słowa powinny zmotywować, ale mnie deprymują, odpychają, sprawiają, że nienawidzę swojego ciała jeszcze bardziej.. Jak to pokonać, jak zacząć działać..?
czwartek, 27 lipca 2017
Przykazanie pierwsze rodzin wielodzietnych: grunt to organizacja!
Tak właśnie,
grunt to organizacja.
Swoją rodzinę tworzymy już od siedmiu lat, od października zeszłego roku jesteśmy rodziną wielodzietną. I cały czas organizacja prac domowych jest moją zmorą.
Powiedzmy sobie szczerze - nigdy nie byłam typem osoby, która sprząta za sobą, która ma wszystko poukładane i zawsze ma u siebie porządek. Nie. Raz w miesiącu robiłam generalne sprzątanie u mnie w pokoju od A do Z i taki porządek wytrzymywał...góra trzy dni ;-) Cóż zrobić..
Gdy zamieszkałam razem z Narzeczonym (teraz już Mężem) zasadniczo nic się nie zmieniło. Mieliśmy malutką kuchnię, która całą była "zawalona" kubkami, talerzami, garnkami i innymi tego typu rzeczami - zmywałam dopiero, gdy nie miałam w czym napić się kawy, a że byliśmy młodą parą, kuchennych rzeczy mieliśmy niewiele, więc zmywanie wypadało raz na dwa dni.... ;-)
Jak zaszłam w ciążę wszędzie słyszałam, abym się nie przemęczała, bo jak urodzę, to się jeszcze na sprzątam, nagotuję itd... więc kolokwialnie mówiąc siedziałam na czterech literach i maniakalnie oglądałam w necie seriale, sprzątając raz w miesiącu ;-). Niestety, po urodzeniu dziecka nie wzrosła we mnie chęć utrzymywania porządku, więc wszystko zostało jak za starych czasów. Sprzątałam raz w miesiącu - skończyła się jedynie zmora zmywania. Kupiliśmy zmywarkę ;-)
Teraz mając trójkę dzieci możecie sobie wyobrazić czym grozi przyjazd do mnie na przysłowiową kawę bez zapowiedzi ;-) ja się palę ze wstydu, a goście próbują przejść tor przeszkód zrobiony w mini korytarzu i pokoju. A co tu dopiero mówić o przyuczeniu dorastających dzieci do porządku.
Więc w tym roku postanowiłam, że wreszcie się zawezmę, i zacznę utrzymywać porządek.
Zaczęłam więc od prania, bo tego u mnie w domu nigdy za wiele.. ;-) Kiedyś robiłam tak, że cały tydzień ubrania napływały do kosza na brudy, a gdy nadchodziła sobota, nadchodził też Wielki Dzień Prania i Rozpaczy ;-) Koszmar. Czasami w tygodniu wrzucałam coś do pralki, ale tylko wtedy, gdy musiałam mieć coś czystego na już! Moją wymówką było to, że mam prąd dwutaryfowy, więc w weekendy i w nocy mam taniej. Mamy małe mieszkanko, mikro łazienkę, więc włączanie pralki na noc nie wchodziło w grę - nikt nie mógł by zasnąć - zostawał więc weekend.
Teraz stwierdziłam: Dość! Nie będę soboty marnowała na pranie! Wolę w tym czasie zrobić coś z dzieciakami. Obdzieliłam praniem cały tydzień.
I tak: w poniedziałki i wtorki piorę rzeczy Chłopców, w środę- Córci, w czwartek - moje i Męża , a na piątek zostawiam sobie bieliznę. W sobotę zaś wstawiam pościel i/lub ręczniki. Taki podział ma same zalety - pranie w ciągu tygodnia zdąży wyschnąć, dzięki temu mam miejsce na kolejne, a poza tym zajmuje mi to o wiele miej czasu i przede wszystkim nerwów ;-)
Oczywiście zdarza się, że w tygodniu wypiorę coś niezaplanowanego, ale zdarza się to jednostkowo i nie zaburza całotygodniowego planu prania - jeśli mogę go tak nazwać ;-)
Nawet zrobiłam sobie własnoręcznie oddzielne worki na pranie, żebym codziennie nie musiała ich segregować. Bielizna osobno, ciuchy Córci osobno, oraz pościel i ręczniki osobno. Sprytna jestem ;-)
Suche prania znoszą mi ze strychu moi Synowie - to dla nich wielka frajda ściągać ubrania ze sznurków - robią sobie nawet zawody, który więcej ściągnie w krótszym czasie ;-) Ubrań po praniu nie prasuje - zdarza mi się to jedynie, kiedy robię "wietrzenie magazynu" u moich dzieci, i przebieram ciuchy, które są już na nich za małe. A tak na co dzień prasuję ubrania tylko w przypadku, gdy są naprawdę bardzo wygniecione.
System taki działa u mnie od czerwca, więc stosunkowo niedługo, ale póki co się sprawdza. Mam nadzieję, że wejdzie mi on w nawyk.
grunt to organizacja.
Swoją rodzinę tworzymy już od siedmiu lat, od października zeszłego roku jesteśmy rodziną wielodzietną. I cały czas organizacja prac domowych jest moją zmorą.
Powiedzmy sobie szczerze - nigdy nie byłam typem osoby, która sprząta za sobą, która ma wszystko poukładane i zawsze ma u siebie porządek. Nie. Raz w miesiącu robiłam generalne sprzątanie u mnie w pokoju od A do Z i taki porządek wytrzymywał...góra trzy dni ;-) Cóż zrobić..
Gdy zamieszkałam razem z Narzeczonym (teraz już Mężem) zasadniczo nic się nie zmieniło. Mieliśmy malutką kuchnię, która całą była "zawalona" kubkami, talerzami, garnkami i innymi tego typu rzeczami - zmywałam dopiero, gdy nie miałam w czym napić się kawy, a że byliśmy młodą parą, kuchennych rzeczy mieliśmy niewiele, więc zmywanie wypadało raz na dwa dni.... ;-)
Jak zaszłam w ciążę wszędzie słyszałam, abym się nie przemęczała, bo jak urodzę, to się jeszcze na sprzątam, nagotuję itd... więc kolokwialnie mówiąc siedziałam na czterech literach i maniakalnie oglądałam w necie seriale, sprzątając raz w miesiącu ;-). Niestety, po urodzeniu dziecka nie wzrosła we mnie chęć utrzymywania porządku, więc wszystko zostało jak za starych czasów. Sprzątałam raz w miesiącu - skończyła się jedynie zmora zmywania. Kupiliśmy zmywarkę ;-)
Teraz mając trójkę dzieci możecie sobie wyobrazić czym grozi przyjazd do mnie na przysłowiową kawę bez zapowiedzi ;-) ja się palę ze wstydu, a goście próbują przejść tor przeszkód zrobiony w mini korytarzu i pokoju. A co tu dopiero mówić o przyuczeniu dorastających dzieci do porządku.
Więc w tym roku postanowiłam, że wreszcie się zawezmę, i zacznę utrzymywać porządek.
Zaczęłam więc od prania, bo tego u mnie w domu nigdy za wiele.. ;-) Kiedyś robiłam tak, że cały tydzień ubrania napływały do kosza na brudy, a gdy nadchodziła sobota, nadchodził też Wielki Dzień Prania i Rozpaczy ;-) Koszmar. Czasami w tygodniu wrzucałam coś do pralki, ale tylko wtedy, gdy musiałam mieć coś czystego na już! Moją wymówką było to, że mam prąd dwutaryfowy, więc w weekendy i w nocy mam taniej. Mamy małe mieszkanko, mikro łazienkę, więc włączanie pralki na noc nie wchodziło w grę - nikt nie mógł by zasnąć - zostawał więc weekend.
Teraz stwierdziłam: Dość! Nie będę soboty marnowała na pranie! Wolę w tym czasie zrobić coś z dzieciakami. Obdzieliłam praniem cały tydzień.
I tak: w poniedziałki i wtorki piorę rzeczy Chłopców, w środę- Córci, w czwartek - moje i Męża , a na piątek zostawiam sobie bieliznę. W sobotę zaś wstawiam pościel i/lub ręczniki. Taki podział ma same zalety - pranie w ciągu tygodnia zdąży wyschnąć, dzięki temu mam miejsce na kolejne, a poza tym zajmuje mi to o wiele miej czasu i przede wszystkim nerwów ;-)
Oczywiście zdarza się, że w tygodniu wypiorę coś niezaplanowanego, ale zdarza się to jednostkowo i nie zaburza całotygodniowego planu prania - jeśli mogę go tak nazwać ;-)
Nawet zrobiłam sobie własnoręcznie oddzielne worki na pranie, żebym codziennie nie musiała ich segregować. Bielizna osobno, ciuchy Córci osobno, oraz pościel i ręczniki osobno. Sprytna jestem ;-)
Suche prania znoszą mi ze strychu moi Synowie - to dla nich wielka frajda ściągać ubrania ze sznurków - robią sobie nawet zawody, który więcej ściągnie w krótszym czasie ;-) Ubrań po praniu nie prasuje - zdarza mi się to jedynie, kiedy robię "wietrzenie magazynu" u moich dzieci, i przebieram ciuchy, które są już na nich za małe. A tak na co dzień prasuję ubrania tylko w przypadku, gdy są naprawdę bardzo wygniecione.
System taki działa u mnie od czerwca, więc stosunkowo niedługo, ale póki co się sprawdza. Mam nadzieję, że wejdzie mi on w nawyk.
środa, 24 maja 2017
Znacie to..?
Znacie to...?
Wchodzicie na swoje konto na FB, żeby się odprężyć, żeby zobaczyć co słychać u znajomych, żeby zrobić cokolwiek innego, nie wiem, nie ważne. No i widzicie blog sponsorowany, który lubią Twoi znajomi. Ok, czasami chwytliwy tytuł sprawia, że wchodzi się na tego bloga. I czytamy. Tekst całkiem niezły, sprawdza się w 70 % z Twoimi doświadczeniami, nawet zaczynasz myśleć: " Kurczę, fajny ten blog, Pani ma do tego talent, i żeby podjąć taki temat akurat teraz.." i w tym momencie widzicie lokowanie produktu. A to, że na odpieluchowanie dziecko ma czas (przy okazji test jednej z marek pieluch), a to że piersi warto badać (bo warto! ale w treści reklama urządzenia do samobadania piersi), a to że warto kupować dobre zabawki (Hit grudniowy jeśli chodzi o blogi - bałwanek Olaf!) I się wkurzam. Od razu z miejsca. I już nie zastanawiam się, czy ta Pani ma rację, czy nie - grunt, że cały ten post powstał nie z potrzeby chwili, ale z potrzeby producenta, który płaci za ten post. To jest tak samo jak w Twoim ulubionym serialu nagle natrętnie reklamują jedną z sieci komórkowych lub markę napoju - Śmiechu Warte!! Dosłownie!
Ja rozumiem, że to są blogi sponsorowane. Że te Panie blogerki niejednokrotnie utrzymują się z dochodów z bloga. Że wcale nie muszę na niego wchodzić. Ale czy takie "lokowanie produktu" nie może być "włożone" w jakąś zakładkę "testujemy" czy coś takiego? Wtedy, jeśli ktoś chciałby sprawdzić, co dana Pani poleca, zajrzałaby na taką zakładkę.
A tak biedny czytelnik jest atakowany lokacją produktu w każdym możliwym miejscu.
Drogie Panie Blogerki - przemyślcie sprawę!
Wchodzicie na swoje konto na FB, żeby się odprężyć, żeby zobaczyć co słychać u znajomych, żeby zrobić cokolwiek innego, nie wiem, nie ważne. No i widzicie blog sponsorowany, który lubią Twoi znajomi. Ok, czasami chwytliwy tytuł sprawia, że wchodzi się na tego bloga. I czytamy. Tekst całkiem niezły, sprawdza się w 70 % z Twoimi doświadczeniami, nawet zaczynasz myśleć: " Kurczę, fajny ten blog, Pani ma do tego talent, i żeby podjąć taki temat akurat teraz.." i w tym momencie widzicie lokowanie produktu. A to, że na odpieluchowanie dziecko ma czas (przy okazji test jednej z marek pieluch), a to że piersi warto badać (bo warto! ale w treści reklama urządzenia do samobadania piersi), a to że warto kupować dobre zabawki (Hit grudniowy jeśli chodzi o blogi - bałwanek Olaf!) I się wkurzam. Od razu z miejsca. I już nie zastanawiam się, czy ta Pani ma rację, czy nie - grunt, że cały ten post powstał nie z potrzeby chwili, ale z potrzeby producenta, który płaci za ten post. To jest tak samo jak w Twoim ulubionym serialu nagle natrętnie reklamują jedną z sieci komórkowych lub markę napoju - Śmiechu Warte!! Dosłownie!
Ja rozumiem, że to są blogi sponsorowane. Że te Panie blogerki niejednokrotnie utrzymują się z dochodów z bloga. Że wcale nie muszę na niego wchodzić. Ale czy takie "lokowanie produktu" nie może być "włożone" w jakąś zakładkę "testujemy" czy coś takiego? Wtedy, jeśli ktoś chciałby sprawdzić, co dana Pani poleca, zajrzałaby na taką zakładkę.
A tak biedny czytelnik jest atakowany lokacją produktu w każdym możliwym miejscu.
Drogie Panie Blogerki - przemyślcie sprawę!
wtorek, 23 maja 2017
Gdy nie ma dzieci w domu..
Czasami próbuję sobie przypomnieć, jak to było, kiedy nie byłam jeszcze Mamą...
Trochę czasu już minęło... 7 lat to dużo, a jednocześnie czas ten tak szybko zleciał, że wciąż pamiętam te dwie kreski na pierwszym teście ciążowym..
Hmm... Było spokojniej. Nikt mnie nie budził o 6,30 rano w sobotę, żeby włączyć bajki. Nikt mnie nie ciągnął za rękaw, żeby iść na plac zabaw. Nikt nie doprowadzał mnie przed pracą do rozstroju nerwowego, bo nie pasują mu ubrania, które przygotowałam...
Było dużo, dużo inaczej...
Czy teraz jest źle? Czy wtedy było gorzej..? Nie, jest po prostu inaczej.
Wtedy człowiek miał inne priorytety, a teraz,,,Teraz moim głównym priorytetem jest wychowanie moich dzieci na dobrych ludzi ;-)
Był czas na kino, na wyjazdy, na dłuższe spacery, na rowery - i to wszystko można było robić spontanicznie, bez zbędnych operacji logistycznych. Nie mówię, że teraz tego nie robię - ale zaplecze logistyczne jest wymagane. Tęsknię za spontanicznością...
Kiedy pojawił się Syn, był tylko Jeden do ogarnięcia na raz, mogłam na nim skupić całą swoją uwagę, choć z perspektywy czasu zastanawiam się co ja wtedy robiłam z czasem? ;-)
Gdy pojawił się Drugi Syn zrobiło się trudniej - między chłopakami jest stosunkowo mała różnica wieku. Tak naprawdę obaj byli jeszcze w pieluchach. To była jazda bez trzymanki. Stres, płacz dzieci, nieustanny bałagan, długi, kredyty....
Niedawno pojawiła się Córka. I co? I nie wiem jak mogłam sobie nie radzić wcześniej. Teraz mam trójkę pociech, i jestem zorganizowana jak nigdy wcześniej - staram się nie przekładać rzeczy na wieczne potem... Tak sobie myślę, że jakbym byłą tak zorganizowana przy pierwszym dziecku, albo lepiej, przed pierwszym dzieckiem, o ile więcej mogłabym zrobić, zaoszczędzić, nauczyć się... Cóż, czasu nie cofnę, mogę jedynie starać się być jak najlepszą Mamą, Żoną, Gospodynią...I coraz bardziej mi się to udaje.
Trochę czasu już minęło... 7 lat to dużo, a jednocześnie czas ten tak szybko zleciał, że wciąż pamiętam te dwie kreski na pierwszym teście ciążowym..
Hmm... Było spokojniej. Nikt mnie nie budził o 6,30 rano w sobotę, żeby włączyć bajki. Nikt mnie nie ciągnął za rękaw, żeby iść na plac zabaw. Nikt nie doprowadzał mnie przed pracą do rozstroju nerwowego, bo nie pasują mu ubrania, które przygotowałam...
Było dużo, dużo inaczej...
Czy teraz jest źle? Czy wtedy było gorzej..? Nie, jest po prostu inaczej.
Wtedy człowiek miał inne priorytety, a teraz,,,Teraz moim głównym priorytetem jest wychowanie moich dzieci na dobrych ludzi ;-)
Był czas na kino, na wyjazdy, na dłuższe spacery, na rowery - i to wszystko można było robić spontanicznie, bez zbędnych operacji logistycznych. Nie mówię, że teraz tego nie robię - ale zaplecze logistyczne jest wymagane. Tęsknię za spontanicznością...
Kiedy pojawił się Syn, był tylko Jeden do ogarnięcia na raz, mogłam na nim skupić całą swoją uwagę, choć z perspektywy czasu zastanawiam się co ja wtedy robiłam z czasem? ;-)
Gdy pojawił się Drugi Syn zrobiło się trudniej - między chłopakami jest stosunkowo mała różnica wieku. Tak naprawdę obaj byli jeszcze w pieluchach. To była jazda bez trzymanki. Stres, płacz dzieci, nieustanny bałagan, długi, kredyty....
Niedawno pojawiła się Córka. I co? I nie wiem jak mogłam sobie nie radzić wcześniej. Teraz mam trójkę pociech, i jestem zorganizowana jak nigdy wcześniej - staram się nie przekładać rzeczy na wieczne potem... Tak sobie myślę, że jakbym byłą tak zorganizowana przy pierwszym dziecku, albo lepiej, przed pierwszym dzieckiem, o ile więcej mogłabym zrobić, zaoszczędzić, nauczyć się... Cóż, czasu nie cofnę, mogę jedynie starać się być jak najlepszą Mamą, Żoną, Gospodynią...I coraz bardziej mi się to udaje.
środa, 17 maja 2017
Słowo Klucz Mam Nieidealnych
Muszę jeszcze tylko włożyć pranie do pralki, muszę załadować zmywarkę, muszę wyprasować pranie, ugotować obiad, upiec ciast....Jeszcze nie dawno to było moje słowo klucz. Zawsze. I najlepsza wymówka.
Ostatnio przestałam go używać. Co z tego, że mieszkanie zamienia się powoli w małe wysypisko wszystkiego (wcześniej nie było wcale lepiej), za to moja psychika odpoczęła, zaczęłam się w końcu cieszyć życiem. I moją Nieidealną rodziną. Wreszcie... ;-)
A co z moim "wysypiskiem"? Powoli ogarniam, wprowadzam systematyczność ( w końcu), deleguję obowiązki na starszych Synów i Męża trochę też. Ale o tym napiszę innym razem.
A teraz idę delektować się naleśnikami z moimi Milusińskimi ;-)
Ostatnio przestałam go używać. Co z tego, że mieszkanie zamienia się powoli w małe wysypisko wszystkiego (wcześniej nie było wcale lepiej), za to moja psychika odpoczęła, zaczęłam się w końcu cieszyć życiem. I moją Nieidealną rodziną. Wreszcie... ;-)
A co z moim "wysypiskiem"? Powoli ogarniam, wprowadzam systematyczność ( w końcu), deleguję obowiązki na starszych Synów i Męża trochę też. Ale o tym napiszę innym razem.
A teraz idę delektować się naleśnikami z moimi Milusińskimi ;-)
poniedziałek, 15 maja 2017
Od czegoś trzeba zacząć...
Na początku była.. pustka w głowie. A potem chęć, aby tę pustkę wypełnić czymś po prostu fajnym ;-) Pierwsze kroki w pisaniu bloga poczyniłam pół roku temu, gdy Najmłodsza skończyła miesiąc, ale próby te skończyły się nie powodzeniem. Teraz wracam Tu, zrobiłam pewną modyfikację, i może teraz mi się uda zacząć ;-)
Skąd nazwa? Ano stąd, że zawsze chciałam być Panią Idealną, choć oho ho! daleko mi do takiej! Wściekałam się, gdy mi coś nie wychodziło, chciałam więcej, jednocześnie dawałam od siebie coraz mniej, i myślałam, że samo się zrobi.
Nic bardziej mylnego.
Nie jestem pełna zalet - raczej pełna przywar. Co ważniejsze, jestem Najbardziej Nie Idealną Matką, Żoną, Kobietą jaką znam, i zaczynam to lubić ;-)
Chciałabym, aby to miejsce, ten blog, był odskocznią od codzienności. Nie chcę być kolejną mamą, na której blogu można znaleźć opinie na temat nowych sprzętów kuchennych, farb pokojowych czy zabawek do dzieci. Nie przeszkadzają mi takie blogi, wręcz przeciwnie, kilka z nich namiętnie czytam, ale nie chcę być kolejnym z nich. Chcę po prostu pisać, dla samego pisania, i dzielenia się swoimi doświadczeniami i wiedzą z innymi ludźmi, matkami, nie-matkami, ze wszystkimi ;-)
Skąd nazwa? Ano stąd, że zawsze chciałam być Panią Idealną, choć oho ho! daleko mi do takiej! Wściekałam się, gdy mi coś nie wychodziło, chciałam więcej, jednocześnie dawałam od siebie coraz mniej, i myślałam, że samo się zrobi.
Nic bardziej mylnego.
Nie jestem pełna zalet - raczej pełna przywar. Co ważniejsze, jestem Najbardziej Nie Idealną Matką, Żoną, Kobietą jaką znam, i zaczynam to lubić ;-)
Chciałabym, aby to miejsce, ten blog, był odskocznią od codzienności. Nie chcę być kolejną mamą, na której blogu można znaleźć opinie na temat nowych sprzętów kuchennych, farb pokojowych czy zabawek do dzieci. Nie przeszkadzają mi takie blogi, wręcz przeciwnie, kilka z nich namiętnie czytam, ale nie chcę być kolejnym z nich. Chcę po prostu pisać, dla samego pisania, i dzielenia się swoimi doświadczeniami i wiedzą z innymi ludźmi, matkami, nie-matkami, ze wszystkimi ;-)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)